2.08.2014

Czy masełko od The Body Shop naprawdę jest takie cudowne?

Dzisiaj post z mojej ulubionej dziedziny - nawilżaczy ciała. W blogosferze istny szał, więc i ja dołożę swoje trzy grosze. Jeszcze nie wiecie o czym mowa? Mowa o arganowym masełku do ciała od The Body Shop.


Zostałam wybrana jako jedna z wielu dziewczyn, które będą mieć okazję przetestować powyższe masło. Jak wiadomo - masła marki TBS można dostać w dwóch pojemnościach - 50ml i 200ml. Nam do testów oczywiście przypadło to mniejsze, bo po bo robić sobie reklamę większym kosztem? Ale dziś nie o tym mowa.

Masełko zamknięte jest w klasycznym, nieprzeźroczystym słoiczku, które ja bardzo lubię. W środku nie ma żadnej folii ochronnej, ale nie jest to według mnie minus, bo kosmetyków tej firmy na próżno szukać w drogeriach, przez które przewija się milion macantów. Masło dostajemy więc nietknięte.


Przyznam Wam, że nie używam tego masła na całe ciało, bo nie wyobrażam sobie smarować ciała czymś tak gęstym i treściwym w taki upał. Używam go jedynie na najbardziej przesuszone miejsca na moim ciele, czyli kolana, łokcie itd. Masło na moją przesuszoną skórę działa bardzo dobrze, nawilża ją celująco. Z przyjemnością używałabym go na całe ciało, ale w zimie.


Same widzicie, że masło jest baaaaaardzo gęste! Przekłada się to na wydajność, bo wystarczy maleńka ilość kosmetyku, by nawilżyć daną partię ciała. Masełko pod wpływem ciepła naszych rąk cudownie sunie po skórze.

Sporym minusem tego kosmetyku jest dostępność i cena. Polskie sklepy stacjonarne oferujące kosmetyki tej marki można zliczyć na palcach jednej ręki (niestety). Cenowo masło wychodzi dość drogo, bo 50ml to koszt ok. 20zł a 200ml kosztuje 69zł. 


Zapach tego masła w ogóle mi nie podszedł. Pachnie jak dla mnie po prostu brzydko. Ale dla mnie każdy arganowy kosmetyk jest nie do przejścia. To nie moje klimaty - po prostu. Na domiar złego (dla mnie) zapach utrzymuje się na skórze dość długo i jest bardzo intensywny. Nie musimy wąchać skóry wtopionym w nią nosem, by poczuć ten zapach.

Podsumowując - działanie bardzo na plus! Natomiast zapach - straszny! Na pewno skuszę się jeszcze na niejedno masełko od The Body Shop ale w zdecydowanie innych wersjach zapachowych, bo lubię takie nawilżenie.

Skład:
Aqua/Water/Eau, Butyrospermum Parkii Butter/Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Theobroma Cacao Seed Butter/Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate, PEG-100 Stearate, Orbignya Oleifera Seed Oil, C12-15 Alkyl Benzoate, Ethylhexyl Palmitate, Cera Alba/Beeswax/Cire d’abeille, Argania Spinosa Kernel Oil, Dimethicone, Parfum/Fragrance, Caprylyl Glycol, Phenoxyethanol, Xanthan Gum, Disodium EDTA, Sodium Hydroxide, Coumarin, Citric Acid, CI 15985/Yellow 6, CI 19140/Yellow 5.

Ocena: 4/5

A Wy co sądzicie o tym masełku? Też nie przepadacie za jego zapachem? A może miałyście inne wersje zapachowe tych masełek i jakieś szczególnie polecacie? Dajcie znać koniecznie w komentarzach!

16.02.2014

Pielęgnacyjny koszmarek ostatnich dni

W ostatnim czasie nadrabiam na blogu recenzje balsamowe. Dzisiaj chcę zaznajomić Was z nie lada koszmarkiem jaki spotkał mnie podczas używania jednego z maseł do ciała. O czym dokładnie mowa? O odżywczym maśle do ciała The Secret Soap Store.


Owe masło posiadam w wersji mini, czyli 50ml. Słoiczek dobrze trzyma się w dłoniach, jednak w mokrych nie ma szans na jego odkręcenie, strasznie się ślizga. Na wieczku słoiczka widnieją obrazki czekolady, wanilii i masła shea, więc sądziłam, że będzie to najwspanialsze masło jakie przyszło mi testować. Czekolada, czyli coś co poprawia nastrój. Wanilia, czyli mój ulubiony zapach. No i masło shea po czym wywnioskowałam, że masło będzie dawać wspaniałe nawilżenie. Nic bardziej mylnego.

Otwierając słoiczek spotkało mnie pierwsze rozczarowanie. Gdzie ta obiecana czekolada z wanilią, gdzie ta wspaniała masłowa konsystencja, no gdzie?! Masło pachnie strasznie. Nie jest to nawet słodki zapach no i w niczym nie przypomina zapachu dwóch ww. składników. Ba! Nie jest to nawet masło. Kosmetyk ma konsystencję musu na co wskazują chociażby widoczne pęcherzyki powietrza w kosmetyku.


Pomyślałam, że ok, przecież mus też może być przyjemny w użyciu i dawać to obiecane nawilżenie. Użyłam go i co? Kolejna klęska... Nijak nie mogłam go rozsmarować na skórze. Zostawiał jakieś dziwne brązowe plamy, które podczas próby rozsmarowania tylko przenosiły się w inne miejsce. Oczywiście w pakiecie dostałam również darmowe farbowanie rąk. Na własnej skórze przekonałam się jak to jest mieć 'opaleniznę' na dłoniach rodem z Afryki, serio.


Po pierwszym użyciu nie zmyłam balsamu z nóg, ubrałam długie spodnie i poszłam spać. Rano czekała na mnie niespodzianka. Skóra była niesamowicie gładka i wydawała się bardzo odżywiona. Postanowiłam więc dać mu drugą szansę. Nałożyłam go w minimalnej ilości i dalej to samo. Nie mogłam go w ogóle rozsmarować i znów pojawiły się te brązowe placki. Dzień później dałam mu 3 i ostatnią szansę, ale znowu było to samo. Nie jestem więc w stanie powiedzieć Wam, czy efekt nawilżenia jest długotrwały, bo kosmetyku użyłam zaledwie 3 razy i więcej wracać do niego nie zamierzam. Nie dość, że śmierdzi, to jeszcze barwi skórę, ubrania i wszystko dookoła. Dziękuję nawet za super nawilżenie jeśli jest ono powiązane z tymi wszystkimi koszmarkami po drodze.

Pokładałam w nim wielkie nadzieje a zawiodłam się bardzo.

Ocena: 1/5!

30.10.2013

The Body Shop i ich malutkie masełka do ciała

Przed Wami kolejna część mini recenzji o kosmetykach The Body Shop, które było mi dane poznać dzięki Kasi z bloga sweet-and-punchy.blogspot.com. Z niecierpliwością czekałam na paczkę, wiedząc, że coś z tej firmy na pewno będzie w środku. W blogosferze aż huczy na temat kosmetyków od TBS. Że niby takie dobre, pięknie pachną i tak dalej. Ile w tym prawdy przeczytacie dalej. Nie będę się rozpisywać o każdym z osobna, bo różnią się one jedynie zapachem.

W paczce znalazłam 2 mini masełka do ciała. Jedno z kolekcji Honeymania a drugie Chocomania. Oba zamknięte są w słoiczku takim samym jak opisywany przeze mnie ostatnio peeling do ciała, z tą różnicą, że te nie są przeźroczyste po bokach.

Pierwsze co pomyślałam po ich otwarciu i próbie na dłoni - to są rzeczywiście masła! Ich konsystencja jest bardzo zbita, nie spotkałam się jeszcze z tak zbitym smarowidłem do ciała. Wystarczy więc malutka ilość, by rozprowadzić kosmetyk na poszczególnych partiach ciała. To jest to co lubię - wydajność idąca w parze z działaniem.


Jeśli chodzi o nawilżenie po ich użyciu, to muszę przyznać, że nawilżają bardzo dobrze, nie zauważyłam różnicy między nimi. Oczywiście nie używałam ich na zmianę. Najpierw poszło w ruch masełko o zapachu miodu a dopiero po zużyciu ok. 3/4 słoiczka zaczęłam masełko czekoladowe. Są to masła typowe do używania w zimnych porach roku. Na lato mogą być za ciężkie i jednak wolniej się wchłaniać pod wpływem upałów. Mnie w upalne dni po prostu nie chce się czymkolwiek smarować, więc mogę ich używać cały rok. Wchłaniają się dość szybko, nie pozostawiają tłustej powłoki na skórze jak mają w zwyczaju bardziej lejące kosmetyki. Dzięki tym masełkom nie mam już problemu z suchymi kolanami i łokciami, wreszcie!


Co do zapachów tych masełek, to są przepiękne! Każdy z nich ma coś w sobie i faktycznie odzwierciedlają to co jest napisane na etykiecie. Miodowe masełko pachnie ciut mniej intensywnie i mniej je czuć na skórze po użyciu niż czekoladowe, ale i tak je kocham za to. Czekoladkę czuć natomiast bardzo intensywnie na skórze i to dość długo. Jeśli lubicie mocne zapachy, które trwają i trwają na Waszej skórze, to z całego serca polecam zapach czekoladowy.

Jedynym minusem dla mnie jest cena, bo w cenie regularnej duże opakowanie (200ml) kosztuje 69zł a to jednak sporo. Jednak w promocji można go dorwać już za pół ceny. The Body Shop często robi właśnie takie promocje.

Ocena -5/5 (ten mały minusik to za cenę, niestety)

Do mnie już leci pełnowymiarowe opakowanie masełka. Wybrałam masło o zapachu brazylijskiego orzecha. Brałam w ciemno, więc zobaczymy czy zapach mi się spodoba. Może któraś z Was go ma i napisze mi czego mogę się spodziewać? ;)