28.09.2014

Róż i już? Czyli kilka słów o różu do policzków Lily Lolo...

Dzisiaj na pierwszy plan wysuwa się prasowany róż do policzków marki Lily Lolo. Róże do policzków w formie prasowanej to nowość tej marki. Ja sypanych róży się boję, bo wciąż uczę się poprawnie nakładać róż i bronzer, dlatego nie chcę się zrażać przez byt intensywne odcienie. Bardzo się cieszę, że Lily Lolo postawiło również na prasowane kosmetyki mineralne. Mój kolor to Just Peachy.


Róż zamknięty jest w bardzo eleganckim i nieprzesadzonym czarno białym opakowaniu, które mieści 4g kosmetyku. W przypadku róży czy bronzerów taka pojemność jest wystarczająca, bo wiadomo, że nie używamy ich w dużych ilościach.


Pierwsze co rzuciło mi się może nie w oczy, ale w nos, to strasznie chemiczny zapach tego różu. Nie trzeba zbliżać opakowania do nosa, żeby poczuć straszny zapach alkoholu. Na szczęście nie czuć go już po nałożeniu na policzki, ale jednak odczuwam lekki dyskomfort podczas jego nakładania.

Jeśli chodzi o jego trwałość, to nie można mu jej odmówić. Róż trzyma się na moich policzkach aż do demakijażu. Róże z tej serii będą dobre dla osób początkujących, bo zauważyłam, że nie można sobie nim zrobić krzywdy, co nie znaczy, że na policzkach go nie widać. Efekt po jego nałożeniu jest widoczny, ale nie przesadzony. Pigmentację określiłabym jako średnią. Po użyciu prasowanego różu z Lily Lolo moja cera nabiera zdrowego wyglądu i co najważniejsze - ten odcień pasuje do mnie idealnie. Długo szukałam dobrego odcienia różu aż wreszcie znalazłam. Kolor tego kosmetyku idealnie oddaje zdjęcie poniżej.


Jest to brudna, odrobinę ceglasta brzoskwinka ze złotymi drobinkami, których nie widać po nałożeniu na policzki. Według producenta jest to matowy róż, natomiast według mnie daje on lekko satynowe wykończenie.

Minusem jest na pewno cena, bo róż kosztuje 54,90zł i można go dorwać jedynie przez internet (m.in. w sklepie Costasy [KLIK]). Nie miej jednak cenę wynagradza nam fakt, że jest to kosmetyk mineralny. Ja polubiłam go bardzo, i mimo nieprzyjemnego zapachu w opakowaniu - używam go codziennie.

Skład różu:
MICA, SIMMONDSIA CHINENSIS (JOJOBA) SEED OIL, ARGANIA SPINOSA (ARGAN) KERNEL OIL, PUNICA GRANATUM (POMEGRANATE) SEED OIL, LEPTOSPERMUM SCOPARIUM (MANUKA) OIL, SODIUM HYALURONATE, ERYNGIUM MARITIMUM CALLUS CULTURE FILTRATE, [+/- CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE), CI 77742 (MANGANESE VIOLET), CI 77491 (IRON OXIDE), CI 77499 (IRON OXIDE), CI 75470 (CARMINE)]

Ocena: 4/5

A Wy miałyście do czynienia z kosmetykami marki Lily Lolo? Co sądzicie o kosmetykach mineralnych? Używacie? Dajcie znać w komentarzach :)

26.09.2014

Maska do włosów, która zawładnęła moim sercem...

Dziewczyny, nie wiem jak to się stało i kiedy, ale zaczynam lubić swoje włosy. Jeszcze nie tak dawno były to dla mnie nic nieznaczące, zniszczone strąki a teraz wyglądają coraz lepiej. Chcecie poczytać dzisiaj o kosmetyku do włosów, który uwielbiam dosłownie za wszystko? Jeśli tak - zapraszam dalej.


Mowa o masce, która towarzyszy mi praktycznie od początku mojej drogi do pięknych włosów. Jest to maska firmy Domowe Recepty, z białą glinką i ekstraktem z ryżowych otrąb do włosów tłustych. Od momentu, kiedy przeczytałam peany pochwalne na jej temat na blogu Anwen, powiedziałam sobie, że muszę ją mieć. Teraz przynajmniej wiem, dlatego ją tak chwaliła.

Maska zamknięta jest w plastikowym 500ml, zakręcanym, półprzeźroczystym opakowaniu. Jej cena to ok. 28 zł i można ją znaleźć głównie w sklepach internetowych oferujących podobne kosmetyki. Dodatkowo pod nakrętką znajdziemy plastikową łyżeczkę do jej nakładania. Pierwszy raz spotkałam się z takim dodatkiem, ale to bardzo higieniczne rozwiązanie, więc tu ode mnie ogromny plus.

Co do samego działania - ta maska jest genialna! W konsystencji lejąca (podobnie jak maska Kallos Latte), mlecznego koloru. To co robi z włosami, to istny cud. Po jej użyciu włosy są bardzo mięciutkie i nawilżone. Używam jej przed myciem włosów zarówno kiedy uprzednio nałożę olej jak i solo. W obu tych przypadkach włosy zachowują się po niej tak samo. Przez to, że używam jej przed myciem, więc nie jestem w stanie stwierdzić czy je obciąża. Nakładam ją min. 1-2x w tygodniu na ok. 40minut. Zauważyłam, że przy regularnym stosowaniu tej maski, włosy są odrobinę dłużej świeże, sypkie i sprawiają wrażenie lżejszych (unoszą się u nasady). Jej kolejnym plusem to, że pomaga w zmywaniu oleju z włosów. Dodatkowym atutem jest również zapach. Pachnie świeżo, cytrusowo i bardzo intensywnie. W żadnym wypadku nie jest to zapach kojarzący się z płynem do WC. Co tu dużo pisać - uwielbiam ją i planuję zakup następnego opakowania, bo obecne już mi się kończy.

Skład maski:
Aqua with infusion of: Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Extract, Aralia Elata Root Extract, Oryza Sativa Extract, Geranium Maculatum Oil, Cetearyl Alcohol, Dipalmitoylethyl Hydroxyethylmonium Methosulfate, Ceteareth-20, Kaolin, Citric Acid, Parfum, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid.

Ocena: 5/5!

A Wy jak dbacie o swoje włosy? Dajcie znać w komentarzach :)

24.09.2014

Średniaczek?!

Dzisiaj bez zbędnych wstępów. Chcę zaznajomić Was z kremem pod oczy od Flos-leku. Wiązałam z nim spore nadzieje, ale jednak zawiódł. Dlaczego? Czytajcie dalej.


Krem zamknięty jest w 30ml, zwyczajnej tubce z miękkiego plastiku. Kosmetyk wyglądem nie grzeszy, ale można mu to wybaczyć, bo przecież takie kremy mają działać a nie wyglądać. Można go dorwać w cenie ok. 17zł, więc drogi nie jest. Choć znam tańsze i lepsze kosmetyki. Znajdziecie go m.in. w drogeriach Rossmann.


Producent zapewnia nas, że krem likwiduje uczucie zmęczenia i podrażnienia. Jak to się ma do rzeczywistości? Według mnie kiepsko. Pracuję przy komputerze, więc moje oczy są zmęczone od ciągłego wpatrywania się w monitor. Jednak ten krem nie pomógł mi w żadnym stopniu zmniejszyć tego uczucia. Może odrobinę nawilżał skórę pod oczami, ale myślę, że taki sam efekt mogłabym osiągnąć stosując pod oczy krem, którego używam do reszty twarzy.

Jeśli chodzi o drugą kwestię jaką raczy nas producent, to zapach tego kremu jest faktycznie niewyczuwalny. Pachnie bardzo delikatnie, ale jest to zapach typowy dla kremu. Pachnie po prostu... kremem. Na skórze zapach nie jest wcale niewyczuwalny.


Krem na lekko żółty kolor a jego konsystencja jest jak dla mnie zbyt wodnista. Być może to właśnie przez to krem nie jest wystarczająco dobry. Po nałożeniu go na skórę pod oczami, ciężko go rozsmarować, słabo się wchłania. Ogólnie rzecz biorąc, jestem na nie! Krem nie spełnia moich oczekiwań i nie wrócę do niego na pewno. Ale już za niedługo pokażę Wam inny specyfik pod oczy, który spisał się o niebo lepiej. Co ciekawe - również marki Flos-lek. Jesteście ciekawe?

Skład kremu:
Aqua, Sorbitan Stearate, Sucrose Cocoate, Glycerin,Cetearyl Isononanoate, Isododecane, Butyrospermum Parkii Butter, Propylene Glycol, Hydrolyzed Caesalpinia Spinosa Gum, Caesalpinia Spinosa Gum, Euphrasia Officinalis Extract, Panthenol, Arnica Montana Flower Extract, Arnica Chamissonis Flower Extract, Tagetes Erecta Flower Extract, Maltodextrin, Dimethicone, Triethanolamine, Carbomer, Allantoin,Tocopheryl Acetate, Methylparaben, Propylparaben, DMDM Hydantoin, Iodopropynyl Butylcarbamate, PEG-8, Tocopherol, Ascorbyl Palmitate, Ascorbic Acid, Citric Acid, Disodium EDTA.

Ocena: 2/5

A Wy macie ulubiony krem pod oczy? Zdradźcie w komentarzach jaki. A jeśli nie, to mam nadzieję, że ciągle szukacie i poszukiwania będą owocne :)

22.09.2014

TOP 3! wśród internetowych sklepów kosmetycznych

Dzisiaj notka nieco na przekór, bo w dalszym ciągu jestem na zakupowym odwyku. Nie kupuję nic, wymieniam to co zbędne i staram się odkładać pieniądze na wymarzoną paletę cieni, ale o tym już niedługo... To tak pokrótce co u mnie, ale miało być o czymś zupełnie innym. Dzisiaj o moim TOP 3 wśród sklepów internetowych.

1.

Sklep, który odkryłam już dawno, ale na początku nie wiedziałam nawet, że mieści się on w moim mieście. Odkąd o tym wiem, jestem w nim bardzo częstym gościem. Sklep w swoim asortymencie ma wiele znanych i lubianych w blogerskim świecie marek w dobrych cenach. Wielkim plusem jest oczywiście dla mnie również to, że zakupy mogę odebrać osobiście. Bardzo często do zakupów dodawane są gratisy co również cieszy. Możemy przetestować sobie coś o zakupie czego nawet nie myślałyśmy. Od dawna jest to mój nr jeden i zdradzam go tylko wtedy, kiedy danej rzeczy w nim nie ma. Było tak w przypadku podkładu Pierre Rene, ale sklep chyba czyta mi w myślach, bo już teraz można znaleźć w nim także tą markę. Oby tak dalej!

2.
Sklep, który totalnie zauroczył mnie dbałością o detale. To chyba jedyny sklep, który tak pięknie pakuje kosmetyki. Każdy kupiony kosmetyk jest owinięty czymś na kształt bibuły z przyklejonym logiem sklepu. Jak uwielbiam otwierać kosmetyczne paczki, tak przy paczkach z tego sklepu zawsze mi szkoda tego pięknego pakowania. Plusem sklepu jest również szeroki asortyment - od Yankee Candle aż po naturalne kosmetyki firmy Bomb Cosmetics. Z tego co mi wiadomo, żaden sklep nie ma podobnie szerokiego asortymentu składającego się z tylu kultowych marek.


3. 

Przyznam się, że po pierwszym zamówieniu w tym sklepie miałam lekkiego focha przez jedną panią z obsługi, ale chyba już tam nie pracuje, bo więcej problemów nie miałam. Lubię ten sklep, bo mogę w jednym miejscu kupić sporo potrzebnych mi "na co dzień" kosmetyków a i ceny są niższe niż stacjonarnie. Sklep rozrasta się w zastraszająco szybkim tempie. Co wejdę, to oferują mnóstwo nowości. Polecam ten sklep osobom, które lubią robić hurtowe zakupy kosmetyczne. Znajdziecie tam dosłownie wszystko! Jak tylko skończy mi się kilka 'codziennych' kosmetyków, na pewno znowu odwiedzę ten sklep. A i szminką Bourjois Rouge Edition Velvet za niecałe 28zł nie pogardzę. Prawda, że tanio?

Dajcie znać w komentarzach jakie są Wasze ulubione sklepy/drogerie internetowe. Chętnie poczytam i poznam nowe, nieodkryte dotąd zakamarki internetu :)

20.09.2014

Perfekcyjna świeżość i trwałość zamknięta w jednej flaszce? Da się!

Która kobieta nie kocha perfum? Dzisiaj na tapecie jedna z kilku nowości zapachowych, które pojawiły się w mojej pachnącej kolekcji. Pokazywałam Wam te perfumy już kiedyś. Od tamten pory zdążyłam je przetestować na sobie w każdy możliwy sposób, więc pora wreszcie podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami. Mowa o zapachu Acqua di Gioia od Armaniego.


Co tu dużo mówić... Kocham go! To kolejny zapach, który w mojej kolekcji nie znalazł się przypadkowo. Od dawna chodził mi po głowie, ale wiadomo, że nie zawsze z zapachami z górnej półki nam po drodze. Jak tylko dostałam maila z propozycją współpracy od Mileny z perfumerii Miley, nie zastanawiałam się długo. Wiedziałam od razu co trafi do mojej kolekcji.

Nuty zapachowe:
nuta głowy: cytryna, mięta
nuta serca: jasmin, różowy pieprz, peonia
nuta bazy: labdanum, drzewo cedrowe, cukier

Już po samych nutach możecie zauważyć, że żaden z niego killer, który zabija otoczenie od progu Ja właśnie czegoś takiego szukałam. To zapach idealny do pracy czy na ciepłe dni. Mimo swojej lekkości, jest wyczuwalny ok. 6-7h. Ma w sobie zarówno coś słodkiego jak i świeżego. To takie dobrze posłodzone Mojito z odrobiną kwiatów. Bardzo lubię używać go na co dzień do pracy. Ciężko znaleźć zapach intensywny na tyle, że nie będzie nikomu przeszkadzał a jednocześnie będzie dobrze wyczuwalny. Ten dokładnie taki jest. Używam go rano przed wyjściem i po 8h wprawdzie sporo traci na intensywności, ale mi to nie przeszkadza. Przecież zawsze idąc gdzieś po pracy można użyć ich jeszcze raz prawda? O wiele dłużej czuć go na ubraniach niż na skórze, ale ja nie lubię w ten sposób używać perfum. Wolę kiedy pachnę nimi ja a nie ciuch. Ten zapach wyparł nawet mojego kochanego wcześniej świeżaka - D&G Light Blue. Złapałam się na tym kiedy mając do wyboru te dwa - częściej wybierałam Acqua di Gioia.

Jeśli poszukujecie świeżego, ale nie płaskiego zapachu, koniecznie wypróbujcie właśnie ten. Nie sugerujcie się w głównej mierze tą słodkością, bo spodobał się on nawet osobom, które słodkich perfum nie lubią, więc same widzicie, że ma w sobie to coś.

Przy okazji chcę Was zaprosić do perfumerii internetowej z której otrzymałam ten zapach - MILEY [KLIK].

Prowadzi ją przesympatyczna dziewczyna, której marzeniem było otworzyć taki właśnie sklep. Wesprzyjmy więc jej marzenie! Dodatkowo na hasło JUSTBEAUTY dostajecie 7% zniżki (zniżka łączy się z tą przy pierwszych zakupach). Razem to aż 10% rabatu przy pierwszych zakupach. Sporo prawda?

Warto skorzystać. Ja kolejny zapach już kliknęłam a Wy? Dajcie znać co kupiłyście :)

3.09.2014

Niekwestionowany ulubieniec sierpnia!

Bardzo rzadko tytułuję recenzje tak jak powyżej, ale nie mogłam jej inaczej nazwać. Ten kosmetyk zrewolucjonizował mój świat kosmetyków do stóp. Jeszcze do niedawna myślałam, że nic nie jest w stanie rozprawić się z moją suchą skórą na stopach. Myliłam się! Na ratunek przyszedł mi regenerujący krem do suchej skóry stóp marki Sholl i to właśnie o nim jest dzisiejsza notka.


Krem zamknięty jest w zwyczajnej, białej tubce, która mieści 60ml kosmetyku. Samo opakowanie nie wygląda zbyt elegancko. Krem jednak wcale do tanich nie należy, ale drogim też nie można go nazwać. Trzeba za niego zapłacić ok. 20zł. Ja swój dorwałam podczas promocji w Rossmannie za 11,99zł.


Konsystencja tego kremu jest bardzo zbita, ale nie przeszkadza to wcale w jego użytkowaniu, bo wchłania się wręcz błyskawicznie. Nawet żaden krem do rąk, który używałam nie wchłaniał się tak szybko jak ten. Wielki plus dla niego! Jeśli chodzi o zapach, to nie jest nachalny, krem pachnie dość 'ciężko', ale nie potrafię dokładnie opisać czym.


Przechodząc do najważniejszego, czyli działania - przygotujcie się na same ochy i achy. Krem jest moim sierpniowym odkryciem i zostaje ze mną na stałe - na pewno! Dzięki niemu, wreszcie pozbyłam się twardej skóry na piętach. Wiem, że to jego zasługa, bo nie używam oprócz niego nic więcej do stóp (nawet tarki/pumeksu). Stosuję go codziennie wieczorem i efekty przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Nigdy nie miałam tak gładkiej skóry na stopach. Efekt ten nie jest w żadnym wypadku tymczasowy. Nawet kiedy zapomniałam go użyć jednego dnia, po wieczornym prysznicu skóra stóp była nadal tak samo gładka a wiadomo, że krem na pewno z niej się zmył.

Dostępność tego kremu oceniam również na plus, bo markę Sholl można dostać w wielu drogeriach czy nawet zwykłych sklepach. Nic tylko kupować - naprawdę. Polecam go każdej z Was. Zobaczycie, że zakochacie się w nim tak samo mocno jak ja.

Ocena: 5/5!

Dajcie znać w komentarzach jaki jest Wasz ulubiony krem do stóp. A jeśli jeszcze takiego nie macie, to lećcie do sklepu po Sholla :)

29.08.2014

Wrzesień pod znakiem marki Lily Lolo

Przychodzę się dzisiaj Wam pochwalić. Otóż kilka dni temu nawiązałam współpracę z firmą Costasy (oferującą m.in. kosmetyki marki Lily Lolo). Jakież było moje szczęście kiedy otworzyłam paczkę! Kosmetyki do testów pomogła mi wybrać przemiła p. Aleksandra. Z tego miejsca chcę jej bardzo podziękować za tyle porad i cierpliwość do mnie.

Notkę tą piszę na świeżo - 2h temu otworzyłam przesyłkę z kosmetykami i od razu pobiegłam zrobić zdjęcia. Wymacałam wszystko po kolei i stwierdziłam, że już mogę się chwalić. Moją pierwszą myślą po otwarciu paczki było coś w stylu "Jakie to wszystko malutkie i piękne!".


Same widzicie, że kosmetyki wyglądają bardzo elegancko. Do testów wybrałam:
- podkład mineralny - Warm Peach
- pędzel do podkładu - Super Kabuki
- korektor mineralny - Blush Away
- szminka naturalna - Intense Crush
- zestaw do brwi - Medium
- róż prasowany - Just Peachy.
 
Ale to nie wszystko, bo w paczce czekała na mnie również masa próbek. Dosłownie! Zobaczcie same. Będzie co testować.
 
 
To co mogę Wam już teraz powiedzieć, to, że pędzel Super Kabuki jest bardzo mięciutki a róż do policzków ma dziwny zapach. Więcej powiem po testach :)
 
 
Biorę się za testy a Wy dajcie znać o czym chcecie przeczytać na początku? Koniecznie napiszcie.

8.08.2014

Porównanie popularnych peelingów enzymatycznych za mniej niż 30zł

Dzisiaj kolejny porównawczy post. Tym razem będzie on o peelingach enzymatycznych. Peelingów mechanicznych nie używam, bo wolę nie roznosić zarazków po całej twarzy. Wiem jak ciężko jest znaleźć dobry peeling enzymatyczny, więc jeśli chcecie się przekonać czy znalazłam już swój ideał - zapraszam do dalszej części notki.




Na pierwszy ogień idzie najtańszy peeling z całej trójki. Mowa o peelingu enzymatycznym marki Ziaja Ulga. Koszt tego peelingu to ok.9zł/60ml. Można go zakupić m.in. w drogeriach Wispol, SuperPharm lub w sklepach firmowych Ziaja. Skusiłam się na niego w dużej mierze przez opinie innych blogerek oraz to, że na twarzy mam lekkie naczynka, których 'drażnić' nie chcę. Peeling miał pomóc mi w pozbywaniu się suchych skórek na twarzy bez ingerencji w inne jej mankamenty. Jego konsystencja jest kremowa, ma kolor biały. Używałam go co 2-3 dni, trzymając na twarzy ok. 20 minut. Mimo tak częstego i w miarę długiego używania, nie zauważyłam, żeby sporo skórek cudownie znikało. Działanie oceniam więc na bardzo średnie. Dodatkowo jego kremowa, tlusta konsystencja jest ciężka do zmycia z twarzy co również uważam za lekki minus. Po zmyciu peelingu, na skórze zostaje cienka, tłusta warstwa, czego nie lubię. Plusem jest to, że podczas używania nic na twarzy mnie nie piekło, nie zauważyłam jej zaczerwienienia. Ale na co komu peeling, który nie robi prawie nic? Coś tam działa, ale uczucie gładkiej skóry jest naprawdę znikome. No chyba, że trzeba by go używać codziennie, ale zdecydowanie taka częstotliwość nie jest dobra dla skóry. Plus za niską cenę i brak uczucia szczypania, ale za działanie niestety ode mnie - wielki minus.

Cena: ok. 9zł
Pojemność: 60ml
Ocena: 2/5
 



Kolejnym peelingiem enzymatycznym jaki miałam okazję używać jest Eveline enzymatyczny peeling odmładzający do twarzy 3 w 1. To 3 w 1 to według producenta wygładzanie, ujędrnianie, redukcja przebarwień oraz odnowa komórek skóry. To nawet 4 w 1, ale czy działa tak dobrze jak obiecują? Od razu napiszę, że działa lepiej niż powyższy peeling z Ziaji, ale dla mnie to nadal nie jest to czego szukam. Efekt jaki daje będzie zadowalający, jeśli będziemy go używać co 2-3 dni, ale tylko wtedy, kiedy posiadamy średnio wymagającą cerę. Konsystencja tego peelingu jest bardziej kremowa i 'zbita' niż peeling Ziaji. Zmywanie go jest również mniej czasochłonne i nie pozostawia na twarzy tłustej warstwy jaką daje nam w prezencie Ziaja. Podczas używania nie zauważyłam szczypania, ale ujędrnienia, odnowy komórek skóry i redukcji przebarwień również nie, więc nie wierzcie w te obietnice z opakowania. Plusem jest jak w przypadku powyżej - cena i dostępność. Możemy dorwać go m.in. w Rossmannie, Hebe bądź SuperPharm.

Cena: ok. 10zł
Pojemność: 60ml
Ocena: 3/5

 



Peeling, który według mnie spisuje się trochę lepiej niż powyższe, to peeling enzymatyczny do cery naczynkowej marki Floslek. O nim rozpisywać się nie będę, bo na blogu znajduje się jego recenzja [KLIK] - zapraszam do zapoznania się z nią. Powiem tylko tyle, że warto tam zajrzeć, by poczytać o jego plusach i minusach.






 
Ostatnim i zarazem najlepszym peelingiem z całego zestawienia okazał się przewrotnie kosmetyk firmy, którą przez płyn micelarny chciałam stanowczo przekreślić, ale jednak dałam jej drugą szansę. Chodzi o firmę Dermedic i ich peeling enzymatyczny do cery suchej. Cery suchej nie mam, ale nie zwracam na ten zapis uwagi, bo przecież peeling skóry nie nawilży a jak wiadomo, skóra sucha = więcej suchych skórek (masło maślane?), więc peeling powinien lepiej sobie z nimi radzić. I nie zawiodłam się. Peeling jest naprawdę fajny. Używany co 2-3 dni daje świetne efekty. Trzymam go na twarzy ok. 20 minut i to w zupełności mi wystarcza. Ma gęstą konsystencję, nie zostawia tłustej warstwy po zmyciu wodą. Cera po użyciu jest przyjemnie gładka. Ma najbardziej intensywny zapach z całej czwórki. Pachnie bardzo 'aptecznie', ale nadal przyjemnie i w żadnym stopniu nie umniejsza on komfortu podczas użytkowania. Minusem jest jego cena i dostępność. Z tego co się orientuję, to można go dostać jedynie w SuperPharmie bądź aptekach oferujących kosmetyki tej firmy. Nie mniej jednak polecam wypróbowanie go. Może Wam również przypadnie do gustu tak jak mnie i zostaniecie przy nim na dłużej.
Cena: ok. 28zł
Pojemność: 50ml
Ocena: 4/5



Dajcie znać w komentarzach, czy znacie któryś z tych peelingów, który lubicie, jakiego radzicie unikać. Chętnie poznam Wasze opinie :)

2.08.2014

Czy masełko od The Body Shop naprawdę jest takie cudowne?

Dzisiaj post z mojej ulubionej dziedziny - nawilżaczy ciała. W blogosferze istny szał, więc i ja dołożę swoje trzy grosze. Jeszcze nie wiecie o czym mowa? Mowa o arganowym masełku do ciała od The Body Shop.


Zostałam wybrana jako jedna z wielu dziewczyn, które będą mieć okazję przetestować powyższe masło. Jak wiadomo - masła marki TBS można dostać w dwóch pojemnościach - 50ml i 200ml. Nam do testów oczywiście przypadło to mniejsze, bo po bo robić sobie reklamę większym kosztem? Ale dziś nie o tym mowa.

Masełko zamknięte jest w klasycznym, nieprzeźroczystym słoiczku, które ja bardzo lubię. W środku nie ma żadnej folii ochronnej, ale nie jest to według mnie minus, bo kosmetyków tej firmy na próżno szukać w drogeriach, przez które przewija się milion macantów. Masło dostajemy więc nietknięte.


Przyznam Wam, że nie używam tego masła na całe ciało, bo nie wyobrażam sobie smarować ciała czymś tak gęstym i treściwym w taki upał. Używam go jedynie na najbardziej przesuszone miejsca na moim ciele, czyli kolana, łokcie itd. Masło na moją przesuszoną skórę działa bardzo dobrze, nawilża ją celująco. Z przyjemnością używałabym go na całe ciało, ale w zimie.


Same widzicie, że masło jest baaaaaardzo gęste! Przekłada się to na wydajność, bo wystarczy maleńka ilość kosmetyku, by nawilżyć daną partię ciała. Masełko pod wpływem ciepła naszych rąk cudownie sunie po skórze.

Sporym minusem tego kosmetyku jest dostępność i cena. Polskie sklepy stacjonarne oferujące kosmetyki tej marki można zliczyć na palcach jednej ręki (niestety). Cenowo masło wychodzi dość drogo, bo 50ml to koszt ok. 20zł a 200ml kosztuje 69zł. 


Zapach tego masła w ogóle mi nie podszedł. Pachnie jak dla mnie po prostu brzydko. Ale dla mnie każdy arganowy kosmetyk jest nie do przejścia. To nie moje klimaty - po prostu. Na domiar złego (dla mnie) zapach utrzymuje się na skórze dość długo i jest bardzo intensywny. Nie musimy wąchać skóry wtopionym w nią nosem, by poczuć ten zapach.

Podsumowując - działanie bardzo na plus! Natomiast zapach - straszny! Na pewno skuszę się jeszcze na niejedno masełko od The Body Shop ale w zdecydowanie innych wersjach zapachowych, bo lubię takie nawilżenie.

Skład:
Aqua/Water/Eau, Butyrospermum Parkii Butter/Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Theobroma Cacao Seed Butter/Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate, PEG-100 Stearate, Orbignya Oleifera Seed Oil, C12-15 Alkyl Benzoate, Ethylhexyl Palmitate, Cera Alba/Beeswax/Cire d’abeille, Argania Spinosa Kernel Oil, Dimethicone, Parfum/Fragrance, Caprylyl Glycol, Phenoxyethanol, Xanthan Gum, Disodium EDTA, Sodium Hydroxide, Coumarin, Citric Acid, CI 15985/Yellow 6, CI 19140/Yellow 5.

Ocena: 4/5

A Wy co sądzicie o tym masełku? Też nie przepadacie za jego zapachem? A może miałyście inne wersje zapachowe tych masełek i jakieś szczególnie polecacie? Dajcie znać koniecznie w komentarzach!

13.07.2014

Krem do rąk pachnący granatem...

Wiem, że na blogu ciągle pojawiają się kremowe posty, ale jest to jeden z tych kosmetyków, który znika z moich zapasów bardzo szybko. Zwłaszcza gdy się z nim polubię i chcę używać non stop. Dzisiaj przybliżę Wam nieco krem do rąk marki Alverde z olejkiem z pestek granatu i masła shea.


Krem zamknięty jest w nieprzeźroczystej tubce o pojemności 75ml. Zamknięcie to mój ulubiony "klik". Samo opakowanie kosmetyku cieszy moje oko. Nie jest przesadzone ani pstrokate. Jak sam producent wskazuje, jest to intensywny krem do rąk, więc przeznaczony zapewne do suchych dłoni. Ja takowych nie mam ale mimo to postanowiłam go wypróbować.

Jego formuła wcale nie wskazuje na to, że jest kosmetykiem intensywnie nawilżającym. Wprawdzie ma konsystencję nieco gęstszą niż zwykłe kremy do rąk ale jednak nie jest na tyle gęsty jak np. słynna Isana z mocznikiem. Bloggerka od której dostałam go "w spadku", odradzała mi go, więc podeszłam do niego z dużym dystansem. Jakie było moje zdziwienie, kiedy krem naprawdę zaczął działać. Przy regularnym stosowaniu zauważyłam poprawę w nawilżeniu moich dłoni. Nie było wielkiego WOW, ale efekt jaki daje jest wystarczający.


Krem bardzo szybko się wchłania, pozostawiając na dłoniach cieniutką, ledwo wyczuwalną otoczkę, która zmywa się dopiero po użyciu wody. Nie przeszkadza to nawet w najmniejszym stopniu w codziennym użytkowaniu. Dłonie nie są tłuste, lecz jakby to opisać... satynowo gładkie (?). Wprawdzie po użyciu wody, trzeba go użyć ponownie, bo znika z dłoni całkowicie, jednak dla mnie to nie jest problem, bo pachnie obłędnie i chce się go używać non stop. Przypomina mi zapach landrynek z przeważającą nutą granatu. Pachnie zabójczo słodko i po wsmarowaniu go nie traci na intensywności ani trochę. Mam wrażenie, że rozsmarowany nawet bardziej przybiera na sile i zapach zyskuje wyrazistości.

No tak... Tyle ochów i achów na jego temat a o dostępności nic. Krem niestety nie jest dostępny stacjonarnie w naszym kraju. Można go dorwać jedynie w drogeriach DM lub przez internet. W internecie jego cena to ok. 13zł, więc rzekłabym, że to tanioszka :) Nie wiem niestety ile kosztuje w drogeriach DM, ale na pewno jeszcze mniej.

Pod względem zapachowym jest to mój ulubiony krem do rąk jaki miałam. Jeśli chodzi o nawilżenie, to daje bardzo przyzwoite efekty, jednak nic nie jest w stanie przebić nawilżenia jaki daje krem Isany z mocznikiem. Ten do stosowania na co dzień w ciepłe dni jest idealny. Pachnie cudnie, wchłania się szybko, całkiem fajnie nawilża a dłonie w ogóle się nie lepią.

Ocena: 4/5

Dajcie znać w komentarzach jaki jest Wasz ulubiony krem i czy miałyście okazję używać granatowego kremu Alverde :)

9.06.2014

Porównanie kilku najpopularniejszych płynów micelarnych

Długo zwlekałam z tym porównaniem, ale wreszcie nadeszła na nie pora. W ostatnim czasie udało mi się przetestować kilka płynów micelarnych i o nich dzisiaj. Oczywiście nie używałam ich na zmianę. Dopiero po skończeniu jednej butelki, brałam kolejną. Płynów tych używam zarówno do oczu jak i całej twarzy. Podczas ich używania nie zauważyłam zapychania twarzy.




Na początek kilka słów (nie będzie ich wiele) o najgorszym płynie micelarnym jakiego miałam okazję używać. Mowa o Dermedic Hydrain 3 Hialuro. Otrzymałam go na spotkaniu podkarpackich bloggerek w listopadzie. Muszę się przyznać, że tego micela nie da się używać. Próbowałam zmyć nim makijaż zaledwie kilka razy i ciągle pojawiał się ten sam problem - zamiast zmywać makijaż, on go po prostu rozmazywał po całej twarzy. Z eyelinerem nie dał sobie rady wcale(!). Po tych kilku razach odłożyłam go w kąt i nie mam zamiaru do niego wracać. Nawet nie wiecie jaki miałam problem ze zmyciem tych czarnych plam jakie po sobie zostawiał pod oczami. Oprócz tego szczypał w oczy podczas używania. Jeśli jednak chcecie wypróbować go na sobie, kosmetyk jest dostępny w SuperPharm lub aptekach. W drogeriach typu Rossmann czy Natura go nie widziałam w ogóle. Krótko mówiąc - nigdy więcej!


Cena: 19,99 zł (9,99zł w promocji)
Pojemność: 200ml
Ocena: 0/5!



 

Woda micelarna Bourjois towarzyszyła mi podczas demakijażu przez długi czas. Zużyłam jej 5 czy 6 butelek. Kosmetyk dostępny jest w każdym Rossmannie, których u nas w Polsce od groma. Zaczęłam jednak szukać czegoś innego od kiedy jej cena zaczęła sukcesywnie rosnąć. Jest to bardzo dobry produkt do demakijażu. Nie musiałam trzeć oczu nawet podczas zmywania nim eyelinera. Kosmetyki bardzo łatwo schodziły z oczu. Produkt nie powodował szczypania ani podrażnienia okolic oczu. Na początku kupowałam tą wodę w cenie ok. 11zł, teraz niestety za tyle można ją dorwać w promocji. Różnica w cenie jest niewielka, ale nie lubię kiedy producent zawyża cenę po tym jak kosmetyk zaczyna się dobrze sprzedawać. Minusem tej wody jest to, że trzeba jej sporo wylać na wacik, przez co jest średnio wydajna. Jeśli Wam to nie przeszkadza, bardzo polecam jej zakup!


Cena: 13,99 zł (11,49 zł w promocji)
Pojemność: 250ml
Ocena: 4/5





Płyn micelarny marki Tołpa miałam okazję testować dzięki uprzejmości firmy, od której to dostałyśmy upominki na spotkaniu podkarpackich bloggerek. Plusem tego kosmetyku jest występowanie w dwóch pojemnościach - 200ml lub 400ml. Ja miałam tą większą pojemność i powiem Wam, że już zaczęłam myśleć, że ta butelka nie ma dna. Używałam go ok. 3 miesiące co jest świetnym wynikiem. Ma piękny zapach, lekko słodkawy, ale jednak nadal świeży. To wyróżnia go spośród innych płynów micelarnych testowanych przeze mnie. Muszę przyznać, że z demakijażem radził sobie bardzo dobrze. Wystarczyło przyłożyć wacik do oka na ok. 30 sek. i niepotrzebne było żadne dodatkowe tarcie. To się ceni! No właśnie... Firma niestety do najtańszych nie należy i koszt tego płynu wcale mały nie jest. Produkt dostępny jest m.in. w sieci drogerii Rossmann. Mimo, że uwielbiałam go używać, nie wiem czy wrócę do niego, bo nie lubię wydawać dużo na kosmetyki tego typu. Nie mniej jednak, jeśli Wam nie jest "straszna" cena, to wypróbujcie go - polecam! Ja jednak zostanę przy nieco tańszych płynach do demakijażu.


Cena: 27,99 zł/200ml, 37,99zł/400ml
Pojemność: 200ml lub 400ml
Ocena: -5/5





Ostatnim ocenianym przeze mnie płynem do demakijażu jest rynkowa nowość, czyli płyn micelarny 3 w 1 firmy Garnier. Kosmetyk został wypuszczony na rynek niedawno a już ma wiele fanek. Szczerze? Wcale się nie dziwię, bo jest fenomenalny! To najlepszy kosmetyk tego typu jaki przyszło mi używać. Butelka zawiera 400ml płynu i jest to jedyna pojemność w jakiej możemy go dostać. Jest dostępny w wielu drogeriach m.in. Rossmann, Natura czy nawet Wispol. Tak więc dostępność bardzo na plus. Jeśli chodzi o działanie, to tutaj również wielki plus. Jak w przypadku wcześniej opisywanego - nie potrzebne jest żadne tarcie. Płyn radzi sobie bardzo dobrze nawet z eyelinerem. Nie potrzebujemy sporej ilości na waciku, żeby spokojnie zmyć makijaż, więc za wydajność kolejny plus dla marki Garnier. Jego cena w stosunku do pojemności i działania jest bardzo niska, bo kosztuje zaledwie 17,99zł. Przy czym podczas rossmannowej promocji możemy go dorwać za 12,99zł. Prawda, że to bardzo mało? Aktualnie w Rossmannie jest na niego promocja, więc lećcie zrobić zapasy jeśli lubicie go tak bardzo jak ja.

Cena: 17,99 zł (12,99 zł w promocji)
Pojemność: 400 ml
Ocena: zasłużone 5/5!
A jaki jest Wasz ulubiony kosmetyk do demakijażu? Zdradźcie w komentarzach :)

7.06.2014

Grejfrutowy żel do mycia twarzy od Balea

Dawno mnie tutaj nie było, ale już teraz mogę oficjalnie powiedzieć, że wracam do blogowania. Bardzo mi tego brakowało a teraz w natłoku nowych kosmetyków, sama nie wiem o czym pisać. Postanowiłam zacząć dzisiaj od kosmetyku, który szybko skradł moje serce i już wiem, że dopóki będą go produkować - zagości u mnie na stałe. Mowa o grejfrutowym żelu do mycia twarzy marki Balea.


Wiem, że kosmetyki tej firmy nie są dostępne w Polsce, ale jak wiadomo - co niedostępne - kusi nas bardziej. Swego czasu skusiłam się na trochę ich kosmetyków. Pora zacząć pisanie opinii o nich. Tak więc do dzieła!

Żel zamknięty jest w plastikowej, przeźroczystej butelce z pompką o pojemności 150ml. Opakowanie zbyt eleganckie nie jest, kojarzy mi się raczej z nastolatkami, ale przecież "nie ocenia się książki po okładce". Sam żel ma konsystencję bardzo zbitą, nie rozlewa się w dłoniach. Zatopione są w nim malutkie różowe kuleczki. Szczerze powiedziawszy, że nie wiem co one dają oprócz ładnego dopełnienia żelu, ale nie czepiam się. Pompka bardzo dobrze działa, nie zdarzyło mi się, żeby choć raz się zacięła a mam do tego szczęście przy opakowaniach tego typu, także plus dla firmy Balea.


Długo szukałam kosmetyku do oczyszczania twarzy, który nie wysusza, dobrze oczyszcza i jednocześnie szybko się zmywa. Ten kosmetyk wszystkie te cechy posiada. Podczas używania (a używam go prawie 2 miesiące) nie zauważyłam zapychania ani podskórnych gul na mojej twarzy od kiedy go używam. Zaraz po użyciu nie odczuwam uczucia ściągnięcia skóry, co często ma miejsce po użyciu żeli do twarzy. Wielkim plusem jest również cena, bo koszt tego cudeńka to zaledwie 11,90zł. Niestety można go dostać tylko za granicą (w sieci sklepów DM) albo w sklepach internetowych, więc dochodzi do tego również koszt przesyłki. Ale przecież zawsze można zrobić większe zakupy i dodatkowy koszt nie jest aż tak odczuwalny. Ja z tym żelem polubiłam się na tyle, że muszę zacząć myśleć o zapasach, bo co ja zrobię jak skończy mi się ostatnia butelka jaką mam?!

Ocena: -5/5

Powiedzcie lepiej, czy Wy też miałyście okazje go używać? Jesteście w nim zakochane jak ja? Koniecznie dajcie znać! A jeśli jeszcze go nie próbowałyście - naprawdę warto go zakupić i wypróbować na własnej skórze.

27.04.2014

Peeling do cery naczynkowej. Hit czy kit?

Dzisiaj kilka słów o peelingu enzymatycznym firmy Floslek do cery naczynkowej.


Opakowanie zawiera 50ml produktu. Jest to wystarczająca ilość jak na taki kosmetyk, ponieważ potrzebujemy odrobiny, by pokryć nim całą twarz. Tak więc starcza nam spokojnie na kilka miesięcy.



Sam peeling zamknięty jest w skromnej białej tubie z czerwoną zakrętką otwieraną i zamykaną na klik. Przyznam, że opakowanie wygląda bardzo elegancko. Bez zbędnych dodatków, po prostu prosta biała tuba z potrzebnymi napisami i niczym więcej.


Producent zapewnia nam łagodne usuwanie zrogowaciałego naskórka bez konieczności tarcia oraz to, że w efekcie nasza skóra jest oczyszczona, rozjaśniona i aksamitnie gładka. Jak jest w rzeczywistości? Otóż faktycznie, peeling delikatnie usuwa martwy naskórek z naszej twarzy. Nie jest to jednak efekt, którego oczekiwałam. Myślałam, że będzie nieco mocniej działał. Chociaż przy stosowaniu go co 2 dni efekty są naprawdę widoczne. Warto jednak potrzymać go na twarzy nieco dłużej niż zaleca producent. Ja trzymam go ok. 30minut.


Jednak jego minusem jest to, że nałożony na okolice zaczerwienień (a mam takowe wzdłuż nosa) lekko szczypie. Nie wiem czy to ma na celu lepsze działanie, ale skoro peeling jest przeznaczony do cer naczynkowych, to nie powinien szczypać w tych miejscach prawda? Nie jest to jednak na tyle intensywne, że od razu chcę lecieć go zmyć. To raczej leciutkie szczypanie.


Konsystencja peelingu jest nieco wodnista, ale nie przeszkadza to w jego użytkowaniu. Dzięki temu jest bardziej wydajny. Jeśli chodzi o cenę tego kosmetyku, to waha się ona między 12-18 zł.

Powiem Wam, że nie jestem w stanie jednoznacznie stwierdzić, czy ten kosmetyk jest hitem czy jednak kitem. Z jednej strony jego działanie nie jest jakieś WOW, ale przy regularnym stosowaniu go co 2-3 dzień mogę cieszyć się gładką cerą. Mnie to cieszy, bo nie muszę do tego używać peelingów mechanicznych, które dla mojej cery nie są dobrym rozwiązaniem. Z drugiej zaś chciałabym znaleźć coś, co da nieco lepszy efekt i nie trzeba będzie 'zabiegu' powtarzać tak często.


Nie mniej jednak polecam go Wam wypróbować. Mnie on ani nie zaskoczył ani nie zawiódł. A może na Waszej cerze spisze się lepiej niż u mnie?

Ocena: 3/5

Jeśli znacie jakieś inne fajne peelingi enzymatyczne dające nieco lepsze efekty od tego, dajcie znać :)

11.04.2014

Krótki post nt. mojego pierwszego wysuszacza do paznokci

Dzisiaj króciutko, bo nie ma się co rozwodzić nad wysuszaczem lakierów. Moim pierwszym kosmetykiem tego typu jest Miss Sporty Nail Expert Turbo Dry Top Coat i właśnie o nim będzie dzisiejsza notka.


Do jego zakupu namówiła mnie Sylwia, za co jej serdecznie dziękuję :* Od tego czasu malowanie paznokci jest dla mnie o wiele większą przyjemnością niż wcześniej. Ale produkt niestety ideałem nie jest.

Wysuszacz bardzo dobrze spełnia swoje zadanie, choć nie jest to 60 sekund o których pisze producent. Paznokcie po jego zastosowaniu potrzebują ok. 10 minut do całkowitego wyschnięcia. Dla mnie to bardzo dobry wynik, bo wcześniej musiałam czekać 10x tyle, żeby całkowicie wyschły. Jednak towarzyszy mi nie przy każdym manicure. To wszystko dlatego, że przy niektórych lakierach całkowicie zmienia ich odcień przez swój niebieskawy kolor. Na ciemnych lakierach tego nie widać, ale już przy jasnych tak kolorowo nie jest. Oczywiście nie wszystkie jasne kolory tak drastycznie zmienia. Zmiana jest najbardziej widoczna przy lakierach w odcieniach bieli czy szarości. Nawet żółty lakier nie zmienia swojej barwy po zastosowaniu tego wysuszacza. Ale niebieskich tonów w szarym lakierze wybaczyć mu nie mogę.

Co do samego malowania, to wysuszacz ten posiada tak samo gruby pędzelek jak lakiery Miss Sporty i bardzo dobrze mi się go używa. Dwa pociągnięcia i już cały paznokieć jest pokryty wysuszaczem. Plusem jest również cena i dostępność. Dorwiemy go w każdym Rossmannie w którym jest szafa Miss Sporty a zapłacimy za niego ok. 6zł, więc cena jest bardzo niska.

Ja jednak będę polować na coś innego, bym mogła używać go przy wszystkich kolorach tęczy a nie tylko wybiórczo. Polecacie coś? :)

7.04.2014

Krem do rąk prosto z Lidla...

Przyznam się Wam, że do Lidla mam raptem 5min spacerkiem, bywam w nim często a dopiero niedawno skusiłam się na wypróbowanie kosmetyków marki Cien produkowanych właśnie dla sklepów Lidl. Podczas małych zakupów, trafiłam przypadkiem na półkę z kremami do rąk i musiałam capnąć jeden z nich. Jako, że ostatnio moje dłonie wołają o pomstę do nieba - wzięłam najbardziej nawilżający, czyli właściwie nie krem a koncentrat do rąk marki Cien.


Owy kosmetyk zamknięty jest w plastikowej, miękkiej tubce z zamknięciem jakie lubię. Tubka ta mieści 75ml koncentratu. Powiem Wam szczerze, że jest tak mała, że nie spodziewałam się aż tak dużej pojemności w stosunku do jej wielkości a jednak producent się postarał i potrafił upchać w niej tyle kosmetyku, żeby klient był zadowolony a i kosmetyk zmieścił się do małej, damskiej torebki. Może nie uwierzycie, ale odkąd kupiłam ten koncentrat, mam go w torebce non stop. Jest tak malutki, że nie przeszkadza mi za bardzo w mojej codziennej torebce, do której muszę włożyć również śniadanie i sporej wielkości portfel.


Koncentrat ten kupiłam licząc nawet nie wiem na co. Nie spodziewałam się po kosmetykach z Lidla żadnego WOW. Kupiłam go raczej z ciekawości i chęci przetestowania a, że kosztował zawrotne 5zł, to nie mogłam mu odmówić i trafił do koszyka.


Wg producenta krem nadaje się do pielęgnacji skóry suchej i zmęczonej. W ostatnim czasie stan moich dłoni bardzo się pogorszył. Nawet nie wiecie jak dłonie potrafią okropnie szybko wysychać podczas przekładania papierów.


Koncentrat ten naprawdę jest koncentratem! Ale odkrycie prawda? Dla mnie spore, bo naprawdę nie spotkałam jeszcze żadnego kremu czy koncentratu z nazwy, który byłby tak gęsty jak ten krem. Mogę go porównać nawet do maści z wit. A. Jest on jednak lekko przeźroczysty, ale rozsmarowuje się podobnie tępo co wspomniana maść.

Po pierwszym wyciśnięciu go z tubki byłam zła, bo od razu pomyślałam "Jak to coś mam teraz wsmarować w dłonie?!". Jednak nic prostszego. Doszłam do wprawy a i krem bardzo szybko się wchłania mimo swojej konsystencji, więc nie ma zupełnie na co narzekać.

Jeśli chodzi o samo działanie tego koncentratu to już po kilkunastu użyciach widziałam poprawę stanu moich dłoni. Skóra stała się bardziej elastyczna, widziałam o wiele mniej suchych skórek przy paznokciach. No i co równie ważne - efekt utrzymywał się o wiele dłużej niż do pierwszego mycia rąk. Zdradzę Wam również, że używałam go max. 3x dziennie, więc pomyślcie jak wspaniałe byłyby efekty przy częstszym używaniu. No po prostu krem-cudeńko!

Podsumowując, nie widzę kompletnie żadnego minusa jeśli chodzi o ten kosmetyk.
Cena? Tutaj wielki plus, bo 5zł to prawie za darmo.
Działanie? Idealnie!
Dostępność? Chyba w każdym mieście jest Lidl, więc tutaj również plus.
Wydajność? W związku z jego konsystencją wystarczy odrobinka na jedno użycie, więc jest bardzo wydajny.

Mogę sobie jedynie pluć w brodę, że nie sięgnęłam po ten krem wcześniej. Drogi Lidlu, pędzę po kolejną tubkę tego cuda. Zaopatrzę się nawet w dodatkowe opakowanie, żeby spokojnie stał codziennie na moim biurku w pracy! To mój absolutny HICIOR!

Ocena: 6/5!

A czy Wy używałyście tego kremu? Jeśli nie, to jak najszybciej udajcie się na poszukiwania, bo jest naprawdę idealny :)

5.04.2014

Rzęsy wprost do nieba?!

Wiem, że ostatnio notki nie pojawiają się tutaj systematycznie, ale to wszystko wina pierwszych dni miesiąca, kiedy nie mam czasu na nic. Idę do pracy na 7, wracam o 21... W ciągu miesiąca jest lepiej, ale i tak daleko mi do ideału jeśli chodzi o pisanie dla Was. Chciałabym robić to częściej, ale niestety zdjęcia w dzień same się nie zrobią i potrzebuję do tego weekendów, kiedy robię je na zapas.

Dzisiaj kilka słów o odżywce do rzęs, którą miałam okazję przetestować na własnej "skórze".


Odżywkę do rzęs RevitaLash wykończyłam ok. 2 miesiące temu, więc opowiem Wam zarówno o jej działaniu podczas używania jak i po skończeniu kuracji.

Produkt ten zamknięty jest w tekturowym opakowaniu bardzo miłym dla oka. Niestety jest ono dość pokaźnych rozmiarów i 1/3 pudełka to odżywka, reszta to tylko powietrze. Producenci coraz częściej stosują ten "myk", żeby kupującym wydawało się, że kupują więcej.


W środku pudełeczka znajduje się malutkie, podłużne opakowanie, kryjące naszą odżywkę. Jest mniejsze niż nie jeden tusz do rzęs. Cena odżywki oscyluje w okolicach 250zł/2ml oraz 330zł/3,5ml.


Konsystencja kosmetyku jest bardzo wodnista, ale na pędzelek nabiera się bardzo mało produktu, więc nie ma problemu z marnowaniem produktu. Dzięki cienkiemu pędzelkowi odżywkę stosuje się bezproblemowo. Dobrze rozprowadza się ją na rzęsach. Początkowo zaraz po jej użyciu lekko łzawiły mi oczy, ale po kilku dniach przeszło i więcej się to nie powtórzyło. To pewnie dlatego, że początkowo mogłam ją jakoś nieumiejętnie nakładać. Jakby to było uczulenie, to zapewne łzawienie miałoby miejsce non stop.

Co do samego działania owej odżywki, to powiem Wam, że słynnego efektu WOW nie było. Rzęsy co prawda dość znacząco się zagęściły, ale mi bardziej zależało na ich wydłużeniu. Niestety nie wydłużyły się one na tyle, żebym mogła powiedzieć, że mam rzęsy "jak do nieba". Muszę jednak przyznać, że zagęszczenie ich bardzo mi się podobało, na pierwszy rzut oka było widać, że jest ich więcej. Pierwsze efekty widziałam już po 2 tygodniach stosowania. Głupia nie zrobiłam jednak zdjęć przed, więc i zdjęć po nie pokazuje, bo nie ma sensu, skoro nie widzicie od czego zaczynałam.

Niestety wszystkie odżywki mają to do siebie, że widzimy efekty podczas ich używania i niedługo później. To tyczy się również tego kosmetyku. Teraz - po 2 miesiącach od zakończenia kuracji, moje rzęsy wróciły do stanu sprzed jej odkrycia.


Podsumowując ten produkt - owszem, jest on świetny dla osób, które chcą zagęścić bądź wydłużyć rzęsy, ale ja nie wyobrażam sobie wywalania co 3/4 miesiące ok. 300zł tylko po to, żeby moje rzęsy wyglądały lepiej. Może dla kogoś innego jest to produkt nie do zastąpienia, ja natomiast wolę taką kwotę przeznaczyć na coś innego. Na rynek weszło sporo odżywek do rzęs innych firm i nie ukrywam, że są o wiele tańsze od tej odżywki. Na ten moment nie mam porównania z innymi kosmetykami tego typu, jednak może kiedyś, kto wie? :)

Ocena: 3/5

A Wy co sądzicie o odżywkach do rzęs czy brwi? Stosowałyście kiedyś tą odżywkę? A może znacie inne, tańsze sposoby na poprawę ich wyglądu? Czekam na komentarze :)